Moja droga do róż

niedziela, 2 maja , 2021|Historie|
Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Proszę czekać...

Nie lubiłam róż. 

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało – ja naprawdę nie lubiłam róż. Znałam je z kwiaciarni, skąd czasem trafiały do mych rąk takie idealne, wyniosłe, wręcz perfekcyjne. I nie pachniały nigdy. Były zawsze zbyt nieskazitelne, by dało się je przytulić do serca, obdarzyć uczuciem. Tak więc wcale nie darzyłam ich specjalnym afektem. I kiedy los przywiódł mnie na wieś, do własnego domu i własnego kawałka ziemi – to w moich marzeniach o ogrodzie nie pojawiały się róże. Owszem, piwonie, tulipany, jaśminy – wiele pięknych, pachnących roślin widziałam oczyma duszy, ale nie te jedną, nie królową kwiatów. Wciąż mi była zbyt daleka, zbyt chłodna, by móc jej pragnąć. Jedynie Rugosa wydawała mi się na tyle naturalna, by wpuścić ją do ogrodu – co też uczyniłam. Rozrosła się pięknie w moim „dzikim zakątku”, nie pielęgnowana w żaden sposób, bo chciałam ją mieć naturalną, w jej nieujarzmionej formie. Latem zachwycała drobnymi kwiatuszkami, jesienią obsypywała się czerwonymi owocami, z których nauczyłam się robić znakomitą konfiturę: bogatą w witaminę C, wyborną zarówno do pączków, jak i do herbaty. 

Ogród powolutku się tworzył, kwiatów przybywało – aż pewnego dnia, w rocznicę ślubu, mąż przyniósł mi w prezencie donicę z gałązkami. Gałązki okazały się być sadzonką róży. „Gloria Dei” – widniało na przyczepionej karteczce. Podziękowałam oczywiście, choć w duchu jęknęłam z rozczarowania. Mijał czas, a róża zaczęła wypuszczać pąki. Eleganckie, długie, pastelowe. Obserwowałam to zjawisko, początkowo zupełnie spokojnie. Po kilkudniowym wyjeździe i powrocie do domu odwiedziłam swoje rośliny i zauważyłam, że moja róża zakwitła. Pąk rozwinął się w kwiat – a moje serce zadrżało po raz pierwszy. Przyklękłam, by powąchać – zupełnie odruchowo, bo nie spodziewałam się spektakularnych woni – i już nie mogłam wstać. Jak ta róża pachniała! Jakim była zjawiskiem! Dostojny, prosty w formie krzew o sztywnych pędach, uzbrojonych w prawdziwe, kłujące kolce, z błyszczącymi liśćmi i kwiatami w barwach, których nie potrafiłabym sama wymyślić: bladoróżowe, żółte, białe, z malinowym brzegiem – tworzyły widowiskowy melanż. Prawdziwy koktajl odcieni i półtonów. I zapach – delikatny, ale słodki, urzekający. Nigdy dotychczas nie sądziłam, że jakakolwiek róża może tak zachwycić. Przepadłam z kretesem. Zaczęłam szukać informacji – najpierw oczywiście o „mojej” róży. Dowiedziałam się wówczas o jej drugiej, bardziej popularnej nazwie i jej historii. Odmiana ta została zarejestrowana tuż po zakończeniu II Wojny Światowej – stąd też otrzymała miano Peace (Pokój). Kawałeczek po kawałeczku odkrywałam świat róż. Czytałam o ich pielęgnacji, która dotychczas wydawała mi się zbyt skomplikowana, by się na nią porywać, a okazało się, że wcale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zapragnęłam więcej. Niestety, moja cudna Peace zdziczała – przez mój błąd, ponieważ pozwoliłam, by dzikie odrosty zagłuszyły szlachetny pęd. Przebolałam, przesadziłam dzikuska, który wybujał i strzeże płotu, uzbrojony w nadzwyczaj ostre kolce. A w moim ogrodzie wraz z kolejną wiosną pojawiły się królewny: pastelowa różowoblada Dessa, zazdrośnie żółta Arthur Bell, intensywna i soczysta Picadilly oraz krwistoczerwona Ruby Wedding. Zakwitły latem, jeszcze delikatnie, nieśmiało. Zwabiły roje motyli. Oczarowały zapachem. Każdego dnia, aż do późnej jesieni cieszyły moje oczy i serce. Dały początek – zarys zaledwie – mojej własnej różance. Zaczarowały do tego stopnia, że jesienią w ogrodzie do późnego wieczora sadziliśmy z mężem kolejnych dwadzieścia róż, pieczołowicie wybranych wśród setek odmian, dostępnych w sprawdzonej szkółce. 

Starałam się wybrać te gatunki, które będą łatwe w uprawie dla amatora, odporne na szkodniki i choroby. Lecz serce nie sługa – wybierałam także emocjami. Przyznam, że największa atencją obdarzyłam róże angielskie (romantyczne). Fascynują mnie stare odmiany, pochodzące od róż damasceńskich, piżmowych – pomimo, iż one najczęściej kwitną tylko raz. Zapach róży damasceńskiej jest nieporównywalny z niczym innym, intensywny, kuszący – jest dla mnie esencją zapachu „różanego”. Ten gatunek róży jest jednym z najbardziej uznanych na świecie, przez co również najczęściej stosowanych do produkcji kosmetyków różanych – jednakże moim zdaniem nic nie może się równać z jej zapachem „na żywo”, który autentycznie zniewala. Uwielbiam też róże wielkokwiatowe, szlachetne – nazywane też niekiedy „różami prawdziwymi”. W istocie odmiana ta jest arystokracją wśród róż, a jej olbrzymie, dekoracyjne kwiaty niemalże proszą o dotyk – o lekkie i zwiewne muśnięcie palcami, o rozkoszne wtulenie twarzy, by poczuć subtelną pieszczotę ich aksamitnych płatków na skórze… 

Wybierałam, czasem zamykając oczy – by wyobrazić sobie we własnym ogrodzie tę feerię barw, ten przepych, z jakim róże obsypują się kwieciem. Sadząc je, tworzyłam w myślach reprezentacyjne rabaty, na których pierwszoplanowe role grają te dostojne, obficie kwitnące kwiaty. Czułam wręcz namacalnie ten lekko nostalgiczny klimat, sielski i jakby nieco idylliczny. 

Wiosna pokaże, które z nich poradzą sobie na mojej gliniastej glebie, na którą często zagląda hulający wiatr. Czekam z utęsknieniem na ciepłe dni, oglądam pędy. Długa droga przede mną, zanim nauczę się lepiej, poznam dokładniej te moje królewny. Moje serce już im oddałam. Ćwiczę cierpliwość, bo tyle jeszcze cudownych odmian, tyle barw, tyle zachwytów i oczarowań różanych przede mną! Czekam na nie z uśmiechem i tęsknotą – bo wiem, że warto!

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Proszę czekać...

Zostaw komentarz

37 − 34 =