Jak róża stała się królową mojego ogrodu

niedziela, 31 października , 2021|Historie|
Rating: 5.0/5. From 2 votes.
Proszę czekać...

Kiedy byłam małym dzieckiem, a potem młodą dziewczyną, jedną z rzeczy, których najbardziej nie lubiłam, było zajmowanie się grządkami na działce moich rodziców. Nie znosiłam grzebać w ziemi, wyrywać chwastów, brudzić sobie rąk sokiem roślin, a przede wszystkim bałam się dżdżownic, które napawały mnie wstrętem. Piękno kwiatów sianych i sadzonych przez moją Mamę jakby dla mnie nie istniało, przytłumione nielubianymi obowiązkami „przymusowego działkowca”. Na działce wśród innych kwiatów rosło kilka krzewów róż, które ani zbyt nie pachniały, ani ich uroda nie była na tyle rzucająca się w oczy, abym zapamiętała ich wygląd. Wiem, że rosły, ponieważ często miałam pokłute kolcami ręce. I to było jedno wspomnienie związane z różami. Drugie to niskie krzewy róż rosnące pod naszym blokiem, tworzące czerwony, bezwonny dywanik złożony z pojedynczych kwiatów, bez polotu posadzonych przez pracowników spółdzielni osiedla. Te róże oceniałam zawsze po prostu jako brzydkie i tę ich subiektywnie ocenianą brzydotę wpisałam sobie w pamięć, jako cechę charakterystyczną róż rabatowych. No i trzecie różane wspomnienie – to kwiaty cięte noszone na imieniny, pąki zwinięte w ślimaczka, zawsze w takim samym kształcie, tylko w innym kolorze, a czasami różniące się też intensywnością zapachu.

Wspomnienia te ukształtowały we mnie postawę pełną rezerwy wobec róż. Aż do czasu, gdy w 2004 r. kupiliśmy z mężem działkę pod budowę naszego domu. Działka była zagospodarowana, rosło na niej kilka drzew i krzewów, był warzywnik oraz kilka zagonków kwiatów letnich i bylin. Był też jeden rozrośnięty, wysoki krzew róży, który właśnie rozkwitał. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w rzeczywistości różę z bajki, różę niepodobną do żadnej, jaką kiedykolwiek widziałam. Na dość cienkich, kolczastych pędach rozkwitały delikatnie różowe, średniej wielkości, niezwykle pięknie pachnące pompony płatków, których było bardzo dużo. Kwiat miał kształt nieregularnej rozety, a czasami ukazywało się małe oczko otoczone okółkiem drobnych płateczków. Wtedy dopiero zrozumiałam, dlaczego kołowe okna witrażowe w gotyckich kościołach noszą nazwę rozet. Wcześniej ta nazwa byłą dla mnie zupełnie abstrakcyjna.

Odkrycie tej niezwykłej róży w naszym ogrodzie skłoniło mnie do poszukiwań informacji w literaturze, a potem w internecie, na temat nieznanych mi kwiatów. Powoli dotarłam do artykułów o różach historycznych, ich klasyfikacji, pochodzeniu i odmianach. Znalazłam polskich hodowców i pasjonatów tych róż, zgromadziłam oferty i powoli zaczęłam zapraszać do siebie w mojej ocenie te najpiękniejsze. Pierwszą z kupionych była róża historyczna Charles de Mills, potem kolejno pojawiały się damasceńskie (Madame Hardy), róże burbońskie Madame Isaac Pereire, remontantki (Gloire de Ducher), róże portlandzkie Rose de Rescht, alby (Maiden`s Blush) i inne. Wreszcie zakupiłam kilka róż angielskich Davida Austina (ConstanceSpry, GoldenCelebration oraz róże angielskie Heritage), a w „miarę jedzenia” mój apetyt rósł i rósł. Dziś w ogrodzie rośnie i zachwyca oczy całej mojej rodziny, sąsiadów i gości 56 krzewów różnych odmian i mam nadzieję nie jest to koniec. W ogrodzie mam głównie róże historyczne, angielskie, nostalgiczne (Chippendale), kilka rabatowych (Baronesse), parkowe (BouquetParfait) i pnące (róża pnąca Felicite et Perpetue oraz róża pnąca Souvenir du dr Jamain), a ostatnio coraz częściej dokupuję odmiany botaniczne lub ich mieszańce (R. richardii). Mimo, że ogród nie jest duży, co roku znajduję nowe miejsce na posadzenie kolejnej odmiany. Zimowe miesiące przeznaczam na planowanie nowych nasadzeń i cieszę się przyszłą wizją piękna różanych rabat.

Często znajomi pytają mnie, która z tych róż najbardziej mi się podoba. W takiej sytuacji trudno mi się zdecydować i wybrać tę „naj”. Właściwie powinnam powiedzieć, że wszystkie, ponieważ każda jest inna i każda była wybierana i sadzona jako ta wyjątkowa, niepodobna do żadnej. W sezonie obchodzę ogród codziennie i przyglądam się każdemu krzakowi osobno, podziwiam subtelne piękno ich liści i kwiatów, a czasami martwię się, że znów te mszyce, bruzdownice lub czarna plamistość. Znam wszystkie róże po imieniu jak dobre znajome, pamiętam ich cechy „charakteru”, to jak się „prowadzą”, a one i tak co roku zaskakują mnie swoją zmiennością. Więc wszystkie są moimi ulubionymi towarzyszkami życia w ogrodzie. Natomiast, jeśli miałabym wybrać te, które darzę szczególnym sentymentem, to wskazałabym na StanwellPerpetual i różę historyczną Charles de Mills. Ta pierwsza przeżyła dramatyczną przeprowadzkę z jednego miejsca na drugie i podniosła się ze stanu prawie całkowitego zniszczenia do pełni rozkwitu. Natomiast Charles de Mills była tą pierwszą zakupioną galijką.

Zdecydowanie kwiat ten króluje w naszym ogrodzie i nie zanosi się na detronizację. Natomiast co do róży, którą jako pierwszą zobaczyłam na mojej ziemi i którą córka nazwała Alancją, nadal po tylu latach nie mam pewności, jak ją zaklasyfikować. Po licznych konsultacjach u ekspertów uznałam, że jest to albo róża galijska, albo damasceńska, albo mieszaniec międzygatunkowy. Jednak moja niewiedza w niczym nie umniejsza jej czaru i piękna, którym obdarza nas każdego roku w czerwcu.

Ewa Miszczak, Lublin

Rating: 5.0/5. From 2 votes.
Proszę czekać...

Zostaw komentarz

− 4 = 3